Przed bramami raju stoi kolejka.
Są w niej obecni teologowie, kapłani, znani dobroczyńcy, kilku męczenników,
mężów stanu. Jest też niepozorna kobieta, która z coraz większym zmieszaniem
obserwuje zasługi, jakie poprzedzający ją okazują Panu, aby dostać się do
nieba: teolog przychodzi z grubymi, mądrymi księgami, kapłan z listą
nawróconych parafian, męczennicy pokazują rany, inni przedstawiają całe naręcza
dobra, które za życia dokonali. A owa kobieta nie ma nic, poza spracowanymi
dłońmi. Gdy przychodzi jej kolej, by stanąć przed Panem, zawstydzona wyznaje,
że nie dokonała niczego wielkiego jak jej poprzednicy. A wtedy Pan bierze jej
spracowane dłonie w swoje ręce, całuje i mówi: Dziękuję Ci, Matko, za każdy
przygotowany posiłek, za każde pranie, tony wyprasowanych ubrań, za każdy
zamieciony kąt, każdą umytą podłogę, za trud wychowania dzieci, nieprzespane
noce, za każdą troskę o bliskich, za twoją miłość w codzienności. Wejdź do
Mojego Królestwa, bo jesteś święta.
Ta krótka historia, zasłyszana
dawno temu, zwróciła moją uwagę na to, czym faktycznie jest świętość. Dla
większości z nas nie oznacza ona męczeństwa, wielkich teologicznych rozpraw,
czy rzędu dusz poprowadzonych do Boga. Mam wrażenie, że Pan Bóg lubi prostotę.
Lubi zwyczajność. Taką szarą, bez fajerwerków. Jedyny warunek, jaki musimy
spełnić, to po prostu miłość okazywana w codzienności. W domu, w pracy, tam
gdzie nas akurat Bóg postawi.
Wynika to ze słów samego Jezusa:
„Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo,
przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w
więzieniu, a przyszliście do Mnie.” (Mt 25, 34 – 36)
To nic wielkiego! Świętość w
codzienności. Ona jest możliwa i dostępna dla każdego z nas. A drogą do niej
jest miłość okazywana w czasem najbardziej prozaicznych sytuacjach życiowych.
Ktoś wepchnął się przed Ciebie w korku? Zamiast besztać go, błogosław mu i daj
przejechać. Ktoś nadwyręża Twoją cierpliwość w kolejce do kasy? Błogosław, nie
złorzecz. Ktoś strasznie Cię drażni? Błogosław! Dzieciaki po raz kolejny
zniszczyły ubrania? Nie słuchają? Wolą fastfooda od obiadu, nad którym tyle
stałaś? Trzeba zostać po godzinach w pracy? Takich przykładów można by mnożyć
wiele. Ale Ty bądź świętym! Nie złorzecz, tylko z miłością daj z siebie
wszystko.
Na tym polega świętość, by być
darem. Być światłem, którego nie da się schować pod korcem. Być zaczynem, które
zakwasi całe ciasto. Być tą osobą, która niesie miłość w każdej życiowej
sytuacji. Każdej!
Więc bardzo proszę, weź hymn św.
Pawła o miłości i przyłóż go do swojego życia, zamieniając słowo „miłość” na
swoje imię. Czy jesteś cierpliwy, łaskawy, czy nie zazdrościsz, nie cieszysz
się gniewem? To najlepszy test na świętość.
I pamiętaj, nikt nie został
uznany za życia za świętego, bo to proces. I trwa on przez całe nasze życie, w
zwykłej codzienności aż do śmierci. W zwykłej, szarej codzienności. Bo nie z
wielkich dokonań będzie nas rozliczał Bóg na Sądzie Ostatecznym, a z miłości.
Krzysztof Gatz

